czwartek, 11 kwietnia 2013

#11


    W tym samym momencie samochód Jareda jak i Shannona zaparkował pod domem ich matki. Modliłam się w duchu aby żaden z nich nie zaczął kłótni a co gorsza bójki. To nie był odpowiedni moment, czas no i miejsce. Zabierając z tylnego siedzenia zapakowany prezent i torebkę, opuściłam pojazd i skierowałam się w stronę bruneta, aby się z nim przywitać. Delikatnie cmoknęłam jego policzek i posłałam szczery uśmiech.
-Miło Cię znów widzieć, Lizzie.
-Ciebie również. Mocno się na niego jeszcze wkurzasz? - Kiwnęłam głową w stronę Jareda, który zamykał samochód, a następnie skierował kroki w naszą stronę.
-A jak myślisz?
-Wchodzimy do środka Elizabeth, czy masz zamiar tak tu stać? Ah cześć Shannon. - Rzucił na końcu młodszy z braci i zawiesił na mnie wzrok. Pokręciłam niezauważalnie głową i westchnęłam. Jak ja miałam się czuć? Mój chłopak i przyjaciel, gdyby mogli pozabijaliby się.. Znaczy, jeden z nich zabiłby drugiego, a ja nic nie mogłam zrobić! Bo nie zależnie po której stanęłabym stronie, było by źle, bo ta druga osoba miałaby mi to za złe.
-Nie udawaj miłego, Jared bo to żałosne. Powinienem Ci teraz dać w mordę, ale wiem, że gdybym to teraz zrobił, sprawił bym przykrość matce. Spokojnie, nie ciesz się na zapas, bo będzie jeszcze okazja. - Jay nie zdążył nic nawet odpowiedzieć, bo mężczyzna zostawił nas samych. Zawsze pełen ciętych ripost Jared, chyba nawet nie wiedział co miał odpowiedzieć.
-Chodź, Constance już na nas czeka. - Złapałam go za rękę i delikatnie się uśmiechając miarowym krokiem powędrowałam do wejścia.
Kobieta chyba miała już w zwyczaju, że zawsze witając się ze mną musiała mnie wyściskać i wycałować. Oczywiście nie miałam nic przeciwko, to było bardzo miłe z jej strony, i zdarzało się, że jej za to po prostu dziękowałam, gdy byłyśmy same. To dziwne tak, ale gdy straciło się matkę mając kilkanaście lat, takie matczyne, przyjazne gesty były rozczulające.
-Oh, naprawdę nie musieliście! Mówiłam Jaredowi, że żadnych prezentów od Was nie chcę, i liczy się Wasza obecność.
-To tylko taki symboliczny podarunek, mamo. Chcieliśmy sprawić Ci trochę radości, kiedy już sobie pójdziemy, w końcu nie będziemy obecni cały czas.
-Już się nie wymądrzaj! - Kobieta przytuliła do siebie syna, po czym wszyscy przeszliśmy do jadalni, gdzie czekał już Shannon. Na przystawionym stole stało pełno przysmaków, wykonanych własnoręcznie przez panią Leto, trzeba było przyznać, że była wspaniałą kucharką i można powiedzieć, że cukiernikiem. Bardzo często gdy nas odwiedzała zabierała ze sobą wiele pyszności. Wtedy nie liczyły się kalorie, i to że pójdzie w boczki.
-Dlaczego się nam tak przyglądasz? - Skierował pytanie do kobiety starszy z braci, wskazując na siebie i swojego brata.
-Bo ze sobą nie rozmawiacie? Znam Was chłopcy i wiem, że to nie wróży nic dobrego.
-Panowie mają odmienne zdanie, co do kwestii związanych z nową płytą i się ostatnio trochę posprzeczali. - Zaczęłam szybko mówić, zanim którykolwiek z nich zdążył coś odpowiedzieć, aby nie palnęli czegoś głupiego, bo tego brakowało, aby matka zadręczała się ich wojną.
-Jak dzieci.. Opowiadałam Ci Elizabeth, jak zachowywali się gdy się pokłócili jak byli mali, prawda?
-Tak, bardzo zabawna historia.
-Mamoooo! Proszę, tylko nie historie z naszego dzieciństwa. - Po pokoju rozszedł się zrezygnowany jęk Jareda, ledwo powstrzymałam chichot gdy zobaczyłam jego minę.
-Przestań mi marudzić. Elizabeth na pewno z chęcią posłucha.
-Oczywiście, jestem bardzo ciekawa czy byłeś grzecznym chłopcem. - Posłałam mu słodki uśmiech odstawiając na talerzyk filiżankę po kawie.
-Jared, kochanie bądź tak dobry i przynieś z biblioteczki album z waszymi zdjęciami. - Oh ta mina, mówiąca: Nigdy w życiu! Już wolę żebyście mnie pod sufitem powiesili niż to! Bezcenne.
-Jared? Posłuchaj mamy i to zrób. - Wsparłam Constance w przekonywaniu mężczyzny do zrobienia tego i zaśmiałam się słysząc stłumiony śmiech Shannona, który siedział w spokoju popijając kawę i obracając w dłoni swój telefon.
Kłótliwa i napięta atmosfera między braćmi szybko się ulotniła, gdy zaczęli wspominać czasy jak byli dziećmi. Szczególnie ciekawa i zabawna była historia, gdy Shannon miał zostać z bratem i go przypilnować bo Constance musiała na chwilę wyjść. Chłopcy mieli wtedy 7 i 6 lat. Jared zaczął płakać, a brat nie potrafił go uspokoić więc dał mu farbki. Mama Leto przeżyła niezły szok gdy wróciła do domu, a cała ściana w przedpokoju była w kwiatkach, samolocikach i bliżej nie określonych wzrokach.
-Nie moja wina, że temu głupkowi ciężko było wytłumaczyć co to kartka papieru! - Zbuntował się Shannon na co wszyscy zareagowaliśmy śmiechem.
-Ale Ty też nie byłeś bez winy. Połowa malunków należała do Ciebie.
-Bo Ty nie umiałeś tego namalować, a nie chciałem, żebyś znowu ryczał..To była taktyka mistrza na uspokojenie beczącego dziecka.
-Taktyka mistrza?! Braciszku z całego serca współczuję Twoim przyszłym dzieciom takiego ojca. - Jay chyba szykował się aby powiedzieć coś jeszcze ale po pokoju rozniósł się dźwięk dzwonka do drzwi. Constance wstała od stołu i delikatnie się do nas uśmiechnęła widocznie tym faktem zdziwiona, bo chyba nie spodziewała się gości. Po nie długiej chwili z przedpokoju doszły nas dwa głosy.. Kobiecy wiadomo do kogo należał, ale ten drugi?
-Ciekawe kogo przywiało. - Mruknął Jared wpatrując się w kierunku wyjścia z salonu czy aby ktoś się nie zbliżał.
-Znam te głos.. Jay, jak się nazywał ten sąsiad Twojej mamy? Dawid? Daniel? Poznaliśmy go ostatnio.
-Daniel.
-No,no mamuśka znalazła sobie chłopaka? - Shannon posłał nam rozbawione spojrzenie, ale uśmiech mu zrzedł kiedy Jared posłał mu karcące spojrzenie.
-Który mógłby być naszym młodszym bratem. - Powiedział z naciskiem na młodszym i znów spojrzał w stronę skąd dochodziła rozmowa. Widząc minę Shannona, który prawie zadławił się kawą miałam ochotę się roześmiać, jednak raczej nie wypadało. Wzruszyłam jedynie ramionami gdy na mnie spojrzał i delikatnie się uśmiechnęłam. Głosy stały się coraz donośniejsze, i już po chwili w salonie pojawiła się Constance ze swoim gościem, szczerzącym się, jak głupi do sera.
-Kochani, nie będziecie mieć nic przeciwko jeśli Daniel zostanie z nami na chwilkę? - Spojrzałam ukradkiem na Jareda, chcąc wybadać jego reakcję, który wzruszył tylko ramionami i stwierdził, że mu to obojętne. - Ah, zapomniałabym. Wy się jeszcze nie znacie. - Kobieta spojrzała na swojego starszego syna, a następnie na gościa. - Shannon poznaj to jest Daniel, mój sąsiad, Danielu mój starszy syn.
-Miło mi poznać. - Shannon zmierzył chłopaka wzrokiem i lekko uścisnął jego dłoń.
-Mi również. - Nie wiem dlaczego, jednak miałam wrażenie, że Shannon nie zbyt ufnie podchodził do owego chłopaka. Moje pierwsze spotkanie z gościem Constance nie trwało długo, więc nie mogłam oceniać go po pozorach, tak jak nie ocenia się książki po okładce, jednak szczerze mówiąc nie wydawał mi się w pełni normalny, jakkolwiek to brzmiało.
-Gdybym wiedział, że ma pani gości przyszedłbym później, naprawdę.
-Ależ, w niczym nie przeszkadzasz Danielu.
Kobieta przez chwilę prowadziła krótką rozmowę z owym Danielem. Ani Jared, ani Shannon i oczywiście ja, nie udzielaliśmy się. Bracia posyłali sobie jedynie pytające spojrzenia.
-Bardzo ładnie wyglądasz, Elizabeth.. Elizabeth, prawda? Dobrze pamiętam? - Ocknęłam się z zamyślenia słysząc pytanie skierowane do mojej osoby. Spojrzałam na chłopaka i blado się uśmiechnęła.
-Tak, Elizabeth. I dziękuje.
-Nie ma za co, trzeba komplementować piękne kobiety. - Tak, no co ty nie powiesz. Nawet w obecności ich facetów? Przeszło mi przez myśl. Jared ścisnął mocniej moją dłoń, którą trzymał na swoim kolanie i ot tak, a może, żeby uświadomić coś Danielowi musnął ustami mój policzek.
-Czym się zajmujesz, Daniel?
-Studiuję na tutejszym uniwersytecie stosunki międzynarodowe. - Odpowiedział brunet na pytanie młodszego Leto, i jakby ignorując to, że może mężczyzna ma zamiar kontynuować z nim rozmowę, zwrócił się do mnie. - A Ty, Elizabeth co studiujesz? Tak młodo wyglądasz, że nie możesz być już po studiach. - Co on się tak uparł? Naprawdę dziwnie się czułam, gdy prawie obcy człowiek odzywał się do mnie w ten sposób.
-Dziennikarstwo, jestem na 3 roku.
-To wspaniale, gdy mieszkałem w Nowym Yorku, też byłem na dziennikarstwie, jednak.. wydarzyło się kilka rzeczy i znalazłem się tutaj.
-Fascynująca historia. - Mruknął Jared, choć wydawać by się mogło, że usłyszeli go wszyscy. Mama Leto posłała mu karcące spojrzenie i wstała od stołu.
-Zaparzę herbaty, dzieci.
Po wyjściu kobiety w pokoju zapanowała głucha cisza. Shannon pisał coś na telefonie, Jared nerwowo bawił się filiżanką co rusz spoglądając na Daniela, który wpatrzony był we mnie jak w obrazek. A nie mówiłam, że ten człowiek nie był w pełni normalny?
Podczas dalszej części wieczoru, atmosfera nieco się zmieniła, jednak nadal chwilami czułam się bardzo nieswojo. Szczególnie, gdy Daniel próbował rozmawiać tylko ze mną, nie zwracał uwagi na resztę osób w pomieszczeniu, na pytania kierowane do jego osoby. Oczywiście to można było jakoś przeżyć, gorzej było z masą komplementów nie zawsze odpowiednich i nie na miejscu. Strasznie dziwiło mnie dlaczego Constance tak go lubiła i wychwalała, chociaż z drugiej strony w jej obecności, mógł zachowywać się inaczej. Nie ważne, ja na pewno nie zamierzam wchodzić w nim w jakiekolwiek koleżeńskie relacje.
-Będziemy się już zbierać, późno już. Lizzy ma jutro zajęcia. - Jared zmienił temat z sadzonek róż, który nie wszystkich interesował i ciepło uśmiechnął się do swojej matki.
-Dziękuje, że byliście.
-Cała przyjemność po naszej stronie, proszę pani.
-Oh, Elizabeth kochanie, mów mi po imieniu.
-Dobrze, Constance.
-No, od razu lepiej. Kiedy teraz mnie odwiedzicie?
-Postaramy się jak najszybciej. - Rozmowa przeniosła się do przedsionka, gdzie znajdowały się nasze rzeczy. Ubrałam szpilki, a Jared przytrzymał moją skórzaną kurtkę, wzięłam do ręki kopertówkę i podeszłam do kobiety aby się z nią pożegnać. Obdarowałam ją delikatnym uściskiem, tak jak Shannona. Czekałam tylko na mojego mężczyznę, który szeptał coś do matki. W małym pomieszczeniu jak znikąd pojawił się jeszcze Daniel.
-Miło było Was znowu spotkać i porozmawiać.- Kiwnęłam głową i lekko się uśmiechnęłam. Wyciągnęłam w kierunku chłopaka dłoń aby się z nim pożegnać, w końcu tego wymagały pewne zasady. Ten jednak zamiast ująć ją, pochylił się i złożył na niej delikatny pocałunek. - Do miłego zobaczenia. - Nie wiedząc jak w takiej sytuacji zareagować odszukałam wzrokiem Jay'a i złapałam jego dłoń. Rzuciliśmy krótkie „Dobranoc” i po chwili siedzieliśmy w samochodzie.

    Droga powrotna do domu zeszła nam na rozmowie o tym dziwnym człowieku imieniem Daniel. Jared wyraził swoje niezadowolenie i mieszane uczucia co do niego, a ja je w pełni poparłam. Temat zakończył się z chwilą, gdy znaleźliśmy się w mieszkaniu. Leto zajął się czymś w kuchni, a ja poszłam na górę wziąć szybki prysznic. Odświeżona, odprężona w piżamie składającej się z krótkich spodenek i koszulki zeszłam do salonu. Wzięłam z półeczki książkę, którą nie dawno zaczęłam czytać, a był to „Sklepik z marzeniami” Stephena Kinga i usiadłam wygodnie w fotelu. Skupiając się na fabule, nie zwróciłam uwagi na krzątanie po kuchni i dochodzące stamtąd różne dźwięki.
Nie zdawałam sobie ile czasu minęło, czy było to dziesięć minut czy godzina, jednak niespodziewanie czynność, którą wykonywałam została mi przerwana przez natarczywe dłonie Jareda, wędrujące po moich ramionach i dekolcie.
-Co, ty wyprawiasz? - Spojrzałam w górę, za fotelem stał nikt inny jak Jay i szeroko się uśmiechał.
-Trochę mi się nudzi.
-To coś porób? Nie wiem, książkę poczytaj, poodpowiadaj fanom na twitterze, sprawdź czy Cię nie ma w kuchni..
-Nie, nie, nie... - Przeciągłe mruknięcie wprost do mojego ucha, i usta na szyi. Westchnęłam cichutko i zachichotałam, domyślałam jak to może się skończyć.
-Więc mi nie przeszkadzaj, czytam. - Posłałam mężczyźnie buziaka w powietrzu i wróciłam do tekstu. Dłonie zniknęły, myślałam, że będę miała święty spokój, te jednak pojawiły się z powrotem, z tą różnicą, że tym razem Leto stał już przede mną lustrując mnie wzrokiem od góry do dołu.
-Przykro mi bardzo, kochanie.. ale nie mogę Ci dać spokoju, mam ochotę Ci troszeczkę poprzeszkadzać. - Wyjął książkę z moich dłoni i odłożył ją na stolik. Po moim ciele przeszedł dreszcz, gdy poczułam ciepły dotyk dłoni mężczyzny przemieszczający się od kolana, w górę, i z powrotem. Jared „wisiał” nade mną z zawadiackim uśmieszkiem. Patrzyliśmy sobie w oczy, jakby chcąc sprawdzić, kto wytrzyma dłużej. Nagle zaczęłam chichotać i wiercić się na fotelu, tylko nie to! Dobrze wiedział, że na brzuchu mam łaskotki i zawsze to wykorzystywał!
-Jaaaaaared! Proszę! - Początkowo spokojny chichot przekształcił się w głośny śmiech, a pana Leto najwidoczniej nic nie interesowało, bo nie przestawał tylko widać było radosne iskierki w jego wielkich błękitnych oczach. Nie ma tak dobrze. Jakimś sposobem udało mi się wydostać i zostawiając go oszołomionego moim nagłym zniknięciem uciekłam do kuchni, która była połączona z salonem, a oby dwa pomieszczenia oddzielała jedynie tak zwana wyspa. Na moje nieszczęście mężczyzna pojawił się tam niedługo po mnie.
-Masz zamiar bawić się w kotka i myszkę?
-Może tak, może nie. Nie dam ci się złapać, panie Leto. - Puściłam mu oczko i spojrzałam w stronę, z której przybywał aby móc uciec, tak jak mówiłam, nie miałam zamiaru dać się złapać. Jak dzieci krążyliśmy po kuchni, mijając się i uciekając przed sobą. Aby przeszkodzić mężczyźnie przewróciłam krzesło, które z hukiem upadło na podłogę, w tym czasie pobiegłam na schody, mając na celu sypialnie i zamknięcie się w niej. Cieszyłam się, że jak na ten moment zgubiłam Jareda, ale moja radość nie mogła trwać wiecznie. Idąc na schodach odwróciłam się, chcąc sprawdzić jak idzie mojemu można powiedzieć przeciwnikowi i wtedy niefortunnie upadłam potykając się o własne stopy. Upadek był nie bolesny i bez ran, tyle, że w tym czasie Leto zdążył do mnie dobiec, co równało się z moją przegraną. Popatrzył na mnie i pokręcił głową.
- Jesteś cała i zdrowa, ale Cię złapałem.. Należy mi się nagroda. - Klęknął obok mnie i namiętnie pocałował. Bez namysłu oddałam pieszczotę, zarzucając jedną dłoń na szyję mężczyzny. Drugą podparłam się o schodę, aby nie wyrżnąć głową i zaczęłam cichutko mruczeć, kiedy moja koszulka znalazła się w bliżej nie określonym dla mnie miejscu. Chciałam coś powiedzieć, ale zostało mi to uniemożliwione kolejnym, natarczywym pocałunkiem. Jared kolanem rozsunął moje nogi i usadowił się między nimi. Zjechał pocałunkami dekolt, piersi. Podgryzał je zębami, językiem drażniąc sutki na co reagowałam ciągiem westchnięć i jęków. Szarpnęłam za włosy mężczyzny, gdy chciał się odsunąć, i uśmiechnęłam się widząc jego wzrok. Jared miał na sobie jedynie spodnie, a pod nimi bokserki, więc nie sprawiło mi wiele trudności pozbycie się jego garderoby. Stopą zsunęłam z jego tyłka jeansy, i przejechałam paznokciem po pośladku mężczyzny. Ta zabawa nie miała trwać długo. Byliśmy nadzy, wkoło było ciemno, nasze ciała dzieliły zaledwie setne milimetra. Stłumiłam jęk pocałunkiem, kiedy członek mężczyzny znalazł się w moim wnętrzu. Wtuliłam się w Jareda, poruszając biodrami w jego rytmie. Znaczenia nie miało to, że byliśmy na schodach, że wbijały się one boleśnie w moje plecy, że mogły być niewygodne. Ja i on. Razem, w tej chwili. To było najważniejsze. Nasza bliskość, i uczucia, które sobie w ten sposób przekazywaliśmy. Jared przyspieszał, po czym zwalniał, aby spojrzeć z czułością w moje oczy, ucałować kąciki ust i uśmiechnąć się. W powietrzu unosiły się nasze szepty, mówiące o tym jak bardzo się kochamy. Może zabrzmi to dziwnie, ale byliśmy zsynchronizowani jak w zegarku, w jednym momencie nasze mięśnie zaczęły się naprężać, serca pędziły jak oszalałe, oddechy się urywały. Krzyk. Nasienie mężczyzny wypełniło moje wnętrze. Z uśmiechem opadłam w jego ramiona. Jared przytulił mnie do siebie i złożył krótki pocałunek na czole.
- Schody, tego jeszcze nie było. - Zaśmiał się, na co zareagowałam tym samym. Faktycznie, może czasem zdarzało nam się zatrzymać na chwilę w tym miejscu, ale potem przenosiliśmy się w inne miejsca. Zawsze musi być ten pierwszy raz.
-Jesteś szalony, panie Leto. - Odparłam i głośno ziewnęłam. Jay słysząc i widząc to szybko wstał wziął mnie na ręce i skierował się na górę.
-Idziemy spać, księżniczko.- Oplotłam dłońmi jego szyję i muskałam ją delikatnie ustami, a na twarzy malował mi się szeroki uśmiech.











Wiem, że dużo czasu minęło.. Ale ze mną to jest tak, że mam wiele pomysłów, wizji ale brak czasu, motywacji i weny aby to wszystko przelać do worda.. Eh, nie będę mówić nic więcej. 
Jeśli ktoś to jeszcze w ogóle czyta, to pozdrawiam. 
Alka :)

sobota, 8 grudnia 2012

#10


    -Elizabeth! Jak zwykle świetnie wyglądasz! Nie to co ten łamaga. - Usłyszałam rozbawione słowa Roberta, bardziej znanego jako "Babu" i spojrzałam na źle zapiętą koszulę Jareda i nieułożone włosy z mokrymi końcówkami.
-Też Cię miło widzieć. - Odpowiedział mu naburmuszony Leto, a ja posłałam naszemu gościowi szeroki uśmiech. Nie mógł przecież winić chłopaka, że przyszedł za szybko bo był na czas, tylko Leto jak zwykle zapomniał o ustalonym terminie i zajął się innymi sprawami. Swoja drogą bardzo przyjemnymi.
-Można mu wybaczyć ten jeden raz, biedak tak się przejął Waszą wizytą, że zaczął sprzątać. - Ledwo co powstrzymałam wybuch śmiechu i przechodząc w głąb mieszkania, kazałam Jay'owi iść i doprowadzić się do porządku, a sama zaproponowałam chłopakowi coś do picia. Rozmowy z Babu były interesujące, zawsze miał do powiedzenia coś ciekawego. Opowiadał o tym z pasją i nie zanudzał swoimi opowieściami wplatając w nie trochę żartu.
Po niedługim czasie zjawiła się zbiorowo cała reszta, tych Jared przywitał już porządnie wyglądający i nikt nie mógł się do niego przyczepić. Wszyscy tak dawno się nie widzieliśmy i każdy miał sobie wiele do opowiedzenia. Gdy panowie zeszli na bardziej męskie tematy, razem z Megan, Melanie i Vickie, bo Clarie z Mike'em nie dotarli przeniosłyśmy się w bardziej ustronne miejsce na świeżym powietrzu. Nie minęło wiele czasu, a spostrzegłam na sobie rozbawione spojrzenie i usłyszałam cichy chichot mojej przyjaciółki. Prawda była taka, że Meg nigdy nie mogła za wiele wypić, ale jeden kieliszek martini? Uśmiechnęłam się i posłałam jej znaczące pytające spojrzenie. Chyba wszystkie chciałyśmy się dowiedzieć o co chodziło brunetce.
-Nie,nie,nie. Najpierw Ty Lizzy opowiesz nam wszystko ze szczegółami.
-Wszystko ze szczegółami, ok. Ale na jaki temat?
-Twojego stanika w basenie. - Dziewczyna parsknęła głośnym śmiechem, a dwie pozostałe jej zawtórowały. Stałam jak wryta analizując usłyszane słowa. JARED! Krzyknął głos w mojej głowie. Ten za przeproszeniem chuj miał się tym zająć!
-No dobrze dziewczęta.. Jeszcze jednego drinka? - Uśmiechnęłam się, szybko zmieniając temat i spoglądając na towarzyszki wieczoru. W duchu się modliłam, aby nie domagały się więcej.
-Tak szybko Ci się nie uda! Prosiłam o szczegóły.
-My też ich z chęcią posłuchamy.
-Gdzie tu jakakolwiek prywatność? - Wywróciłam oczami i usiadłam wygodniej na brązowym krzesełku.
-Lizzie, kochanie.. to nie wyjdzie poza nasze grono. Chociaż młodszy Leto pewnie już dawno wszystko rozpowiedział, jak nie chcesz to dowiemy się na przykład od Shannona.
-Albo od Tomo – wtrąciła żona, wspomnianego mężczyzny i obydwie, nie licząc Melanie, która była dosyć nie śmiała, w końcu prawie nowa w naszym towarzystwie, spojrzały po sobie. Ja już znałam ten wzrok, one były zdolne to zrobić i by to zrobiły. Nie takie informacje wyciągały. Westchnęłam cicho i pokręciłam głową.
-Nie ma takiej potrzeby.. W sumie nie ma wiele do opowiadania. Znowu się kłóciliśmy, przyszedł Tomo poudawał mediatora i tak się potoczyło. Zaczęliśmy rozmawiać, wypiliśmy trochę wina, i zachciało mi się pływać w basenie. Koniec! - Zakończyłam z szerokim uśmiechem, ale dziewczyny chyba nie były zbytnio zadowolone tak krótką relacją co wyrażał cichy jęk Meg i blednący uśmiech reszty.
-Tyle? Tylko tyle?! A ta końcówka zapowiadała się ciekawie.. - odpowiedziały chóralnie.
-Resztę dokończcie sobie same. Szczegółów wam nie zdradzę nawet jakbyście tortury stosowały. A teraz wybaczcie, zmienię temat.. Melanie jak tam po spotkaniu z Shannem? Wtedy co was zostawiłam samych. - Och! Zauważyłam ten niepewny, wstydliwy uśmiech na twarzy blondynki, czyżby mały sukces?
-Dobrze. Powspominaliśmy stare czasy, odwiedziliśmy kilka miejsc.. Chciał mnie nawet zaprosić do Was na dzisiejszą „imprezę”, ale Jay był szybszy. Chyba zmartwił go trochę fakt, że brat go wyprzedził - Blondynka zaśmiała się. - Tak wywnioskowałam ze zmiany jego głosu. Ale myślę, że nasza przyjaźń nigdy się nie skończyła, może tylko umocniła?
-Tylko przyjaźń?! Melanie.. Proszę Cię! Jared mi tyle o Was opowiadał! To nie możliwe, że z tego uczucia nic nie zostało.
-A jednak..
-Przepraszam nie chciałam sprawiać Ci przykrości tymi słowami.. - Zaczęłam mówić, kiedy nastała niezręczna cisza. Posłałam dziewczynie przyjazny uśmiech i odetchnęłam z ulgą gdy odwzajemniła ten drobny gest.
-Mam pomysł, wypijmy za przeszłych, teraźniejszych i przyszłych facetów! Co prawda to nie warte tego świnie, ale..
-Oh, Mel i Ty to mówisz?
-Ja mogę jedynie za przeszłych i teraźniejszego, bo męża zmieniać nie zamierzam. - Zaczęłyśmy się śmiać i wzniosłyśmy symboliczny toast.

    Z upływem czasu robiło się coraz głośniej, humory stawały się coraz weselsze, tematy śmielsze, już bez podziału na grono babskie i męskie. Nie zakodowałam momentu kiedy Jared pociągnął mnie za rękę i zaprowadził na górę wchodząc do naszej sypialni. Co to to nie! Goście na dole, a ten co? Oczywiście wiedziałam, że jest do tego zdolny, nie tak kończyły się zabawy.
-Jared! Puścisz mnie i powiesz co do cholery robisz?!
-Cicho, nie krzycz. Nie mam złych zamiarów. - Mężczyzna puścił mi oczko i wskazał głową na drzwi prowadzące na taras. Uniosłam do góry brew w pytającym geście zupełnie nie wiedząc o co mu chodziło. - Już wyjaśniam. Zaraz tam wyjdziemy, i się schowamy, musimy być cicho, żeby ich nie spłoszyć.
-Ale kogo? I po co mamy się chować i kogoś obserwować, Jay?
-Lizzy Shannon i Melanie, mówi Ci to coś?
-No wiesz zdziwiłbyś się, bo bardzo dużo.
-Właśnie. A nasz plan mówi Ci coś?
-To nie ma sensu. Ona mi powiedziała, że są przyjaciółmi.
-A mi Shannon mówił, coś innego.. Znaczy, że no to długa opowieść. Ale tak w skrócie, to wydaje mi się, że po spotkaniu po długim czasie zrozumiał, że zawsze mu na niej zależało, no.
-I gdzie w tym wszystkim miejsce na nasz balkon?
-Oni tam siedzą, rozumiesz? Na dole, sami, zamknięci, wyszli porozmawiać, a ja zamknąłem drzwi, w sumie to nawet o tym nie wiedzą. Są zajęci sobą. Musimy wybadać sytuację, zobaczyć co się z tego narodzi.
-Oh, powinieneś mieć w dowodzie Jared-genialny-Leto.
-Na prawdę? - Zaśmiałam się w duchu wesołą twarz Ukochanego i pokręciłam przecząco głową. Niestety zrujnowałam jego marzenie.
-Nie! Oczywiście, że nie!
-Powinienem się na Ciebie obrazić, panno Elizabeth ale mamy teraz ważniejszą sprawę do załatwienia. - Jedyne co mogłam zrobić to wywrócić oczami i nic już nie mówiąc, powędrować za Leto na taras. Usiedliśmy wygodnie na płytkach opierając się o szklane drzwi i w ciszy obserwowaliśmy. Chyba wolałabym być na dole, gdzie zostali nasi goście, a relacji z tego co się działo nad basenem mogłabym posłuchać na drugi dzień od Shannona, bo jestem pewna, że mi by o tym powiedział. Jednak ten uparty dureń zwany moim facetem by mi na to nie pozwolił, tłumacząc, że nasz plan, i koniec. Wspominałam już, że życie z tym mężczyzną jest ciężkie? Męczyło mnie siedzenie w ciszy, nie mogłam nawet głośniej westchnąć, bo czułam na sobie karcące spojrzenie Jareda. Jak on się na coś uprze.. Przecież nic się nie działo, siedzieli i rozmawiali, wielkie mi coś! Uśmiechnęłam się widząc jak blond włosy dziewczyny opadły na plecy Shannona, kiedy oparła o jego ramię głowę, a Jay wciąż wypatrywał wybuchu uczuć, fanfar, sztucznych ogni i tęczy na niebie, jakby ten drobny incydent, nie miał znaczenia.
-Jaaaaaared, proszę. Skończmy to przedstawienie.
-Spokojnie kochanie. Daje im jeszcze.. godzinę, a zobaczysz, że się pocałują. - Zakryłam usta dłonią, aby nie zacząć się śmiać. Nie wiem, mieszkam z nim, ale naprawdę nie wiem co ten człowiek ćpa.. Pewne jest, że powinien zmniejszyć dawkę.
-Jak przegrasz, zabierasz mnie jutro na zakupy!
-Nie ma szans, abym przegrał. - Mężczyzna pochylił się i przelotnie pocałował moje usta, mruknęłam niezadowolona, kiedy wrócił do poprzedniej pozycji, znów wbijając wzrok w swojego brata i jego towarzyszkę.
Po piętnastu minutach w końcu zaczęło się dziać coś innego niż tylko rozmowy, czy obejmowanie ramieniem. Obydwoje wstali z subtelnymi uśmiechami na twarzy. Melanie zbliżyła się do dobrze zbudowanego mężczyzny i składając na jego policzku długi pocałunek przytuliła go i szepnęła coś do ucha.
-Mówiłem?! Mówiłem! Nawet nie godzina! Ha!
-To się nie liczy.. To tylko policzek. - Specjalni mówiłam ciszej od Jareda, który krzyczał najgłośniej jak potrafił, chociaż mój ton i tak pewnie nic nie dał bo jego słyszało pół stanu.
-Wszystko się liczy!
-Czy mogę się dowiedzieć co się tu kurwa dzieje?! - Razem z Jaredem automatycznie przenieśliśmy wzrok na miejsce, z którego dochodził głośny krzyk. Na dole stał Shannon, z założonymi na piersi rękoma, patrząc na nas zdenerwowanym wzrokiem. Za nim stała trochę zmieszana, ale widocznie rozbawiona blondynka.
-Spytaj brata. - Posłałam brunetowi przepraszający uśmiech, i klepiąc Jareda po ramieniu, wstałam wyminęłam go i zeszłam na dół. To się szykuje mała awanturka. Już chyba lepiej by było gdyby spostrzegli nas wcześniej, w trakcie rozmowy, ale nie.. mądry Leto musiał się wydzierać. Chwytając butelkę z wodą podeszłam do Miliceviców, Melanie i Roberta którzy zawzięcie o czymś dyskutowali nie mając pojęcia co działo się w tym samym czasie. Ja osobiście już nie chciałam brać w tym udziału, to i tak nie będzie miało szczęśliwego zakończenia. I chodzi mi o relację Jared-Shannon.
-Gdzie zniknęła reszta towarzystwa, Liz?
-Nie chcecie tego wiedzieć, naprawdę. - Uśmiechnęłam się do długowłosego mężczyzny, i odkręciłam trzymaną w ręce butelkę z wodą, kiedy można było usłyszeć za nami krzyk.
-Nie będziemy dzisiaj rozmawiać, Jared! Na razie!
-Shannon! - Pośrodku pokoju stał, młodszy Leto z głupią miną, a starszy obejmując ramieniem szczupłą blondynkę rzucił do nas krótkie: cześć i bez większego tłumaczenia wyszedł.
-Zadowolony jesteś? - Westchnęłam, widząc minę Jareda i pytające spojrzenia reszty. Wyczuli chyba jednak, że to nie czas na wyjaśnienia dlatego jakby się zmówili, Robert i Tomo w tym samym czasie się odezwali.
-Późno już. My też będziemy się zbierać.
-Mi osobiście nie przeszkadzacie. - Posłałam im delikatny uśmiech, a Leto zawzięcie pisał coś na telefonie. Nie ma to jak miła atmosfera.
-Jutro rano zajęcia, spotkamy się po południu Liz. - Z tymi słowami podeszła do mnie Megan i na pożegnanie mnie przytuliła, tak samo zrobiła pozostała trójka.
-Do zobaczenia, trzymajcie się.
-Pa. - I drzwi się zamknęły. W domu zapanowała cisza. Słychać było tylko klikanie w klawisze telefonu.
-Powinieneś go przeprosić. - Starałam się powiedzieć, na tyle głośno aby to do niego dotarło.
-Właśnie to robię.
-Przez sms'a? Jared dziećmi nie jesteśmy. To nie wystarczy. Jak byś się czuł, jakby podczas naszego spotkania nagle Shannon wyskoczył i zaczął krzyczeć, że miał rację, że na przykład wygrał zakład, czy coś w tym stylu? Na pewno nie było by Ci miło. Mówił Ci co czuje do tej dziewczyny bo Ci ufał, bo jesteś jego bratem i przyjacielem, chciał mieć w Tobie wsparcie. I tak też w tym uczestniczyłam, ale nie chciałam tego, bo jeśli mają być razem to los ich tak pokieruję. A teraz dobranoc, przemyśl to co powiedziałam. - Nie czekając na odpowiedź, poszłam na górę. Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Pustego łóżka.

    Od pamiętnego, nieudanego wieczoru minęło kilka dni. Rozmawiałam z Shannonem i mi nie miał niczego za złe, ale jednak mówił mi o jego relacjach z dziewczyną z pewna rezerwą. Z Jaredem się nie jeszcze nie spotkał. Więc ciche dni braci Leto trwały nadal. Miałam nadzieję, że zmieni się to, przed piątkiem, bo mieliśmy spotkać się wszyscy u Constance, ponieważ miała urodziny.
-Jay, zawieziesz mnie do centrum? Trzeba kupić dla Twojej mamy jakiś prezent, a moje auto zostało u Meg.
-Teraz? Zaraz?
-Tak, teraz. Kiedy chcesz to zrobić? Od trzech dni Cię o to proszę.
-No dobrze, dobrze już się nie denerwuj. Wezmę kluczyki i jedziemy.
Księgarnia, sklep z biżuterią, z ceramiką, księgarnia, sklep z biżuterią, z ceramiką.. Jared jak zwykle nie wiedział co mógłby kupić swojej rodzicielce i niezdecydowany gdy pokazywałam mu przykładowe prezenty, znowu ja musiałam o wszystkim myśleć. Po długich próbach dogodzenia temu marudzie mogliśmy wracać do domu, albo wjechać gdzieś coś zjeść, bo to chodzenie w tą i z powrotem było męczące. Jednak kiedy kierowałam się w stronę wyjścia Jared wciągnął mnie do sklepu z bielizną.
-Powiesz mi co mu ty robimy? - Rozejrzałam się dookoła, i posłałam pogardliwe spojrzenie młodej dziewczynie, która przyglądała się nam, a raczej Jaredowi, i prawie się śliniła na jego widok.
-Nie możemy pooglądać? - Wzruszyłam ramionami na jego odpowiedź i „przechadzałam” się wśród regałów i wieszaków pełnych koronkowej, satynowej i jeszcze innej bielizny. W pewnym momencie Jared szedł w moją stronę, z szerokim uśmiechem i trzymał w ręku dwa zestawy, nie, nie zapowiadało się ciekawie. Jeszcze nigdy nie kupowałam z Jaredem bielizny i miałam nadzieję, że to nigdy nie nastąpi.
-Pomyślałem, że Ci się spodoba. - Muzyk szepnął mi seksownym głosem do ucha i pocałował jego płatek. Był na tyle blisko, że mógł poczuć jak przeszedł mnie delikatny dreszcz. Tylko nie ten głos! Uśmiechnęłam się pod nosem, i zrobiłam krok w tył patrząc w jego oczy. Może to nie był taki zły pomysł?
-I co w związku z tym?
-No.. może chciałabyś przymierzyć?
-Musisz mnie do tego przekonać.
-Obawiam się, że to nie odpowiednie miejsce na takie zabawy. Kamery, i te kilka brzydkich pań wkoło. Ale.. gdy będziemy w naszej rezydencji, kto wie.. - Zaśmiałam się już na samo słowo rezydencja, i pokręciłam z aprobatą głową. Wzięłam od niego komplety i gdy wyszukałam wzrokiem przebieralni się tam skierowałam. Odwiesiłam na wieszaczek torebkę i marynarkę, kiedy usłyszałam, jak ktoś wchodzi do środka, odwróciłam się i kogo ujrzałam?!
-Ekhem, a Ty co tu robisz? - spojrzałam pytająco na Jareda, który z założonymi na torsie rękoma lustrował mnie wzrokiem. Przecież bym go zawołała, aby ocenił jak wyglądam.
-Przyszedłem, aby Ci pomóc.
-Ale ja sobie poradzę, Jay.
-Nie wątpię, jednak konieczna jest moja obecność tutaj. - Przez jego twarz przebiegł cwany uśmiech. Jak on coś wymyśli.. Już zaczynałam się bać.
Starając się nie zwracać uwagi na jego obecność; co było trudne bo czułam na sobie jego wzrok; zdjęłam koszulkę, chcąc następnie zrobić to samo ze stanikiem. Jared kierując moimi ramionami odwrócił mnie tak, że stałam przodem do dużego lustra. On natomiast stanął za mną, odgarnął moje włosy na jedną stronę i schował twarz w zagłębieniu mojej szyi. Czubkiem nosa przejechał po linii mojego barku. Tą samą drogę przemierzył delikatnymi pocałunkami. Odchyliłam głowę lekko w bok, aby ułatwić mu tylko dostęp do siebie i oddawałam się tej pieszczocie całym ciałem. Poczułam jak chłodne ręce mężczyzny poradziły sobie z odpięciem biustonosza i zsunęły go w dół. Wtedy się opamiętałam.. Odwróciłam się do niego przodem, krzyżując dłonie na piersiach.
-Jared? Nie możemy.. Wiesz gdzie jesteśmy?
-Przecież przyszliśmy tylko przymierzyć to. - Facet zrobił słodką minkę, jakby nie wiedział co właśnie zrobił, i myślał, że nie jest niczemu winny.. Uśmiechnął się szeroko i do jednej ręki wziął mały, biały wieszaczek, na którym wisiał komplet błękitnej, koronkowej bielizny. Całkiem zwykłej, jednak mimo tego mającej coś w sobie. W drugiej dłoni trzymał seksowny czerwono - czarny gorset, bez ramiączek, z tyłu zawiązywany na sznureczki z przodu z koronkowymi wstawkami, razem z nim w komplecie były figi z paskami do, których można podpiąć pończochy (nie wiem jak się te duperelki nazywają). - Który pierwszy?
-Może ten drugi. - Wskazałam na komplet z gorsetem, który swoją drogą podobał mi się bardziej. Co prawda, nie założę tego, do zwykłej sukienki czy prostej bluzki, ale okazja znajdzie się na pewno. Szczególnie, że jestem z takim facetem jak Jared. Dla niego okazją było już samo to, że byliśmy razem w małej sklepikowej przebieralni, gdzie miałam przymierzać takie cudeńka.
Jay zdjął z wieszaka, górną część 'zestawu' i gdy chciałam ją od niego przejąć, pokręcił z dezaprobatą głową. Zareagowałam na to śmiechem, a mężczyzna posłał mi tylko oczko. Założył mi gorset, poprawiłam go z przodu, a on zabrał się za związywanie. Zmierzył mnie wzrokiem, kąciki ust drgnęły mu ku górze.
-Lizzy, Lizzy, Lizzy.. Jakbym miał 30 lat więcej, to serducho by mi stanęło na Twój widok.
-Już nie słodź. - Zaśmiałam się i pocałowałam go w policzek. - I módl się aby nikt nas wieczorem nie nawiedził, i żeby Ci to serducho nie stanęło.
-Wieczorem? Ja się modlę aby nas TERAZ nikt nie nawiedził. - W tym momencie nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Opierając mnie o ściankę przebieralni, przybliżył się do mnie i zaczynając od całusa, wpił się z namiętnością w moje usta. Westchnęłam cichutko i zarzucając dłoń na jego kark odwzajemniałam pieszczotę. Gdy oboje oderwaliśmy się, aby uzupełnić zapasy powietrza, w końcu mogłam coś powiedzieć.
-A ekspedientki? Inni klienci?
-Kasa jest na drugim końcu sklepu Kochanie. - Słysząc to jedynie pokręciłam głową. Co ja mogłam zrobić? Moje zdanie w tej chwili pewnie nie miało by dużego znaczenia. Poza tym.. po chwilowym zastanowieniu.. To co knuł Leto nie było takim złym pomysłem, jeśli na pewno żadna pani z obsługi sklepu, i nikt inny, kto jeszcze chciałby skorzystać z przebieralni, nam nie przerwie.
Jared widocznie zauważył, że jednak zmieniłam zdanie i nie mam nic przeciwko, przejechał dłonią po moim dekolcie, zatapiając wzrok w moich tęczówkach. Powstrzymując się od cichych pomruków, położyłam dłoń na kroczu mojego partnera delikatnie ją na nim zaciskając. Złączając nasze usta w pocałunku, poczułam tylko jak gorset, który do tej pory był mocno związany i dopasowany do mojego ciała opada w dół, a duże dłonie Jareda lądują na moich jędrnych; na sama myśl pieszczot, domagających się ich; piersiach. Z uśmiechem przygryzłam górną wargę mężczyzny dłonie wkładając pod jego koszulkę, a kolanem napierając na jego 'pełne' spodnie. -Niegrzeczna.. - Wyszeptał, a jego język powędrował od mojego ucha do linii szczęki pozostawiając mokry ślad.
- Jeszcze dużo o mnie nie wiesz.. - Stanowczym ruchem, odpięłam spodnie mężczyzny i zsunęłam je w dół razem z bokserkami. Jared złapał mnie mocno w talii podnosząc w górę, chcąc mu w tym pomóc podskoczyłam i oplotłam go nogami w pasie. Nadal stałam, a raczej wisiałam przytulona do Jareda oparta o ściankę, tylko teraz chłopak napierał na mnie jeszcze bardziej, był jeszcze bliżej niż przedtem. Zatopił twarz w moich piersiach. Trzy dniowy zarost drażnił delikatną skórę, przez co czułam przyjemne dreszcze rozchodzące się po całym ciele. Zaciskałam usta, aby nie wydawać z siebie żadnych, najcichszych dźwięków, aby nikt nas nie usłyszał. Gdy nasze języki wirowały, jak w romantycznym tańcu Jared zsunął moje czarne stringi, złapał mnie mocno za pośladki i unosząc delikatnie w górę wręcz wbił się we mnie jednym ruchem. Zamknął mi usta mocniejszym pocałunkiem, abyśmy się nie wydarli. Miejsce, w którym się znajdowaliśmy, możliwość zdemaskowania, sprawiała, że adrenalina rosła. Że mimo wszystko nie czuliśmy przed niczym strachu, obawy. Czuliśmy się wolni i cieszyliśmy się swoją miłością. Nasze ruchy jak zwykle płynne i zsynchronizowane przyprawiały o zawrót głowy. Ta przyjemność, poczucie bliskości gorącego ciała partnera, jego duże dłonie 'badające' Twoje ciało, pełne, słodkie usta obdarowujące Twoje miłymi pocałunkami.. Z każdą kolejną minuta, z każdym kolejnym pchnięciem mężczyzny, z każdym kolejnym ruchem bioder chciało się więcej. Jared przyspieszał i zwalniał, przyspieszał i zwalniał. Nasze oddechy były nie równe, bicie serca szybkie.. Poczułam, że zbliża się moment orgazmu. Napięłam mięśnie, Jared znieruchomiał. Zacisnęłam mocno usta, paznokcie wbijając w plecy partnera. Wtuliłam się w jego tors, a nasienie mężczyzny rozpłynęło się po moim wnętrzu. Uśmiechnęłam się i zeskoczyłam z Jay'a odsuwając się od niego. Uf, tego jeszcze nie było. Zabierając go na zakupy nie spodziewałam się, że trafimy tutaj. I co najlepsze, że będziemy uprawiać sex w przebieralni! Dziwiłam się, że nikt nas tutaj nie znalazł, co z drugiej strony było oczywiście powodem do radości.
- Od dzisiaj lubię zakupy z Tobą. - Zaśmiałam się słysząc te słowa, z ust Jareda. A to nowość. Ale, nie dziwiłam się mu. Oj nie.
- Nie myśl, że tak będzie za każdym razem, gdy zabiorę Cię na zakupy! Trochę rozumu w główce jeszcze mam. Poza tym, powinniśmy się zbierać.. Trochę czas nam zajęło to 'przymierzanie' – Mężczyzna jedynie przytaknął kiwnięciem głowy, i obydwoje się ubraliśmy, odwiesiliśmy na wieszaczek bieliznę, oczywiście poprawiliśmy fryzury, które były trochę potargane i zabierając wszystko co nasze mogliśmy wychodzić.
Coś nie tak? Pomyślałam, gdy dwie młode dziewczyny znajdujące się obok stojaka zmierzyły mnie i Jareda. Miałam źle ubraną koszulkę? Byłam rozmazana? No dobrze, może byliśmy na twarzy trochę czerwoni, ale zdarza się.. Taki zaduch tam panował, że każdemu było by gorąco. Winny się tłumaczy nie ma co. Zlałam te dziewczyny i przeszliśmy do kasy. Ekspedientka była bardzo miła, i o dziwo nie posyłała nam dziwnych uśmieszków albo spojrzeń. Podziękowaliśmy za zakupy. Jared dodał po cichu, podziękowania za udostępnienie przyjemnej przebieralni na co zareagowałam głośnym wybuchem śmiechu. Mężczyzna objął mnie w pasie i skierowaliśmy się w stronę wyjścia z centrum handlowego.




TADAM! 
Przepraszam? 
Zastanawiam się nad sensem prowadzenia tego bloga i jego żywotnością. Mam wiele pomysłów na dalszą historię, ale co z tego, że rozdziały pojawiają się w takich odstępach czasu? Zdaje sobie sprawę, że gdy dodam rozdział przykładowo po miesiącu to czasem trzeba powrócić pamięcią do poprzedniego, żeby wiedzieć o co chodzi i, że pewnie nudzę Was tym brakiem ciągłości. A to nie powinno tak być..
Chciałabym wiedzieć, co o tym sądzicie?
+ Jest ktoś chętny, aby co jakiś czas pojawiał się malutki przerywnik w postaci oneshot'a niekoniecznie o tematyce Marsowej, tak jak ten poprzedni?
Pozdrówki, Alka :) 

sobota, 20 października 2012

Oneshot - Na zawsze Twój..


   Jak ja uwielbiałem zakłady! Po spotkaniu z chłopakami w sprawie kolejnego koncertu, zostaliśmy z Frankiem sami, gdyż cała reszta się ulotniła, tłumacząc, że mają kilka spaw do pozałatwiania. A, że pogoda nie była najlepsza do wieczornych, a raczej nocnych spacerów, czy bezsensownego krążenia po mieście w poszukiwaniu odpowiedniego lokalu aby tam spędzić resztę dnia, wraz z brunetem pozostaliśmy u mnie w domu. Przez ogarniającą nudę wpadliśmy na pomysł, żeby się o coś założyć, była to jedyna ciekawa perspektywa, więc czemu nie? Ustaliliśmy, że ten kto przegra będzie musiał zrobić dla drugiego... striptiz! Tak, właśnie. Nie ma to jak mądre pomysły. Wręcz błyszczeliśmy inteligencją. Co do zakładowego zadania było już trochę trudniej. W świecącej pustką lodówce znaleźliśmy jakiś pikantny dip, który był tam od ostatniej próby, słoik z musztardą i dżem. Nie zastanawiałem się, skąd się to u mnie wzięło, szczególnie ten dżem, ale wystarczyło, że po sobie spojrzeliśmy i wiedzieliśmy co to będzie. Frank wyjął z szafki nad zlewem miseczkę, wymieszaliśmy w niej wszystkie składniki, po czym pododawaliśmy tam jeszcze jakieś przypadkowo wpadające nam w ręce przyprawy. Sam zapach przyprawiał o odruch wymiotny. Ale nie było już odwrotu. Wróciliśmy do salonu i, żeby się zahartować na poczekaniu wypiliśmy duszkiem po dwie butelki piwa.
-Dobra, wygrywa ten kto zje więcej. Bez popijania.
Odparłem pewnym głosem, i posłałem przelotne spojrzenie mojemu towarzyszowi, wesołemu brunetowi. Iero jedynie skinął potwierdzająco głową i podałem mu jedną z łyżeczek. Cudowną miksturę spożywaliśmy na zmianę, raz on, raz ja. Byliśmy już przy 5 rundzie.
-To jest ohydne, kretynie! Chcesz mnie otruć.
Skrzywił się młody chłopak, posyłając mi złowrogie spojrzenie.
-Jak chcesz możesz skończyć teraz. Z chęcią popatrzę jak się przede mną rozbierasz.
Na policzki chłopaka momentalnie wstąpiły, krwisto czerwone rumieńce, nawet nie wiem czemu, przecież widywałem go prawie nagiego nie raz w garderobie, czy kiedy byliśmy na przymiarce jakichś strojów. Nic takiego.
-Nie tak szybko, Gee.
Posłał mi oczko, i wciągając do płuc większą ilość powietrza, zjadł swoją porcję. Przy 8 razie, czułem jak skręca mnie w żołądku, ale przecież nie mogłem się poddać i dać wygrać Frankowi! Co to to nie. Szliśmy łeb w łeb, każdy z nas dzielnie przyjmował kolejne 'dawki', krzywiąc się i z trudem przełykając zawartość metalowych łyżeczek. Zawartość miseczki malała, a nasze zawzięcie i chęć wygranej wręcz przeciwnie. Kiedy zrobiłem sobie małą przerwę, aby odetchnąć i zebrać siły podstępny Frank, zdążył zjeść zamiast jednej, aż trzy łyżeczki. Prześcignął mnie! W końcu nie wytrzymałem, gdy on z triumfem oblizał swoje usta, nakładając kolejną porcję 'kremu' na łyżkę, sięgnąłem pod stół po butelkę piwa i szybkim ruchem ją otworzyłem, jednym łykiem opróżniając ją do połowy.
-Przegrałeś frajerze!
Zaczął śmiać się brązowooki i pokazywać na mnie palcami. A niech to! Jak to się mogło stać! Pewnie miałem zły dzień. Jasne Gerard, zrzucaj winę na dzień, nie potrafiąc przyznać się do przegranej.
-Dałem Ci fory.. Nie pamiętasz, jak przegrałeś ostatni zakład i musiałeś zagrać koncert bez spodni? Żal mi się Ciebie zrobiło.
-Winny się tłumaczy, Skarbie.
Uśmiechnął się złowieszczo akcentując ostatnie słowo. Często w rozmowach ze sobą używaliśmy słodkich słówek, zdrobnień swoich imion czy czegoś podobnego. Westchnąłem wiedząc co mnie czeka i nachylając się nad nim szepnąłem mu wprost do ucha, dłonią niby to przypadkiem zahaczając o jego udo.
-Życzysz sobie erotycznej piosenki w tle?
-Gerard, Ty pieprzony napaleńcu!
Odepchnął mnie od siebie, mimo iż po jego wzroku i przyspieszonym oddechu stwierdziłem, że wcale tego nie chciał.
-Tak, tak wiem. Ogarniam downa.
Wywróciłem oczami, unosząc kąciki ust w ironicznym uśmiechu. Dopiłem piwo, zasłoniłem rolety w oknach, nie dlatego aby nikt nie widział, ale po to, aby stworzyć pewny klimat. Zapaliłem jedynie mała lampkę stojącą w rogu ściany i odwróciłem się do mojego towarzysza, który rozsiadł się wygodnie na kanapie. Po minie chłopaka mogłem stwierdzić, że z jednej strony był rozbawiony zaistniałą sytuacją, z drugiej zażenowany tym, że mam się przed nim rozebrać i to nie w taki zwykły sposób, przez niedbałe zrzucenie ubrań, ale chyba z trzeciej, kolejnej strony nawet mu się podobała ta perspektywa.
Przygryzając wargę i puszczając brunetowi oczko oparłem się stopą o brzeg stolika i przejechałem koniuszkiem języka po ustach. Nie raz zdarzało się, że na imprezach, na które trafialiśmy, po alkoholowym upojeniu robiło się głupie rzeczy więc wiedziałem co robić, aby wypaść jak najlepiej. Zacząłem od powolnego rozpinania czarnej koszuli, spod której ukazał się mój nagi, blady tors. Nie zrzuciłem jej z ramion tylko odwróciłem się do Franka tyłem, kręcąc mu przed oczami biodrami, na co nie tylko On ale i ja sam zareagowałem głośnym śmiechem. Pohamowałem się jednak i spojrzałem na niego przez ramię, uśmiechnąłem się zdjąłem kawałek ciemnego materiału kładąc dłonie na sprzączce od paska, a kiedy się odwróciłem zacząłem wrzeszczeć. Nie widziałem już tego uśmiechniętego, zarumienionego i pragnącego więcej chłopaka, tylko znowu miałem przed oczami widok jego zakrwawionej twarzy, nieporuszającej się w oddechu klatki piersiowej i iskierek w oczach. Nagle zniknął, zniknęło wszystko. Dookoła mnie była totalna pustka. Znajdowałem się w wielkim, całym czarnym pomieszczeniu, echem od ścian odbijał się mój płytki oddech.
Wtedy też się obudziłem. Zerwałem się z łóżka do pozycji siedzącej, i uspokajając nie równe bicie serca rozejrzałem się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu, ale czułem strach, jakby zaraz miało się coś wydarzyć i wtedy się zorientowałem.. że w nadszedł dzień, którego się bałem, i pragnąłem aby nigdy nie nastąpił.
   31 października miał być datą, której nie miałem zapomnieć do końca życia. I tak się stało, ale.. Miał to być najszczęśliwszy dzień w moim życiu, tymczasem był tym najsmutniejszym. Od roku nawiedzał mnie w sennych koszmarach i nie pozwolił normalnie funkcjonować. Najchętniej nie wychodził bym dzisiaj z łóżka, usiadł na kanapie z kubkiem gorącej malinowej herbaty i owinął się szczelnie kocem patrząc tempo w ścianę. Nie mogłem, musiałem coś załatwić. Zrobić to dla niego. Odwiedzić go, mimo że On zostawił mnie samego na tym gównianym świecie, już na zawsze.
Niechętnie zebrałem się z dużego łóżka, doznając szoku termicznego gdy moje pół nagie ciało, bo miałem na sobie jedynie dół od piżamy, owiał chłodny wiatr.. Tak, nie ma to jak zostawiać na noc otwarte na oścież okno, i to w październiku, gdzie temperatura drastycznie malała, szczególnie nocą. Szybki prysznic pozwolił mi na chwilę zapomnieć, i oderwać od dręczących myśli, które uparcie wwiercały się w moją psychikę, powtarzając: 31października, TEN dzień. Dłuższe czarne włosy pozostawiłem w nieładzie, oczy podkreśliłem czarną kredką. Wcisnąłem na siebie czarne, wąskie spodnie, pierwszą lepszą czarną koszulkę, na nogi założyłem wysokie glany i można powiedzieć, że byłem gotowy do wyjścia. Niedbale owijając wokół szyi ciemno siwy szal, ubrałem skórzaną kurtkę i wyszedłem zatrzaskując za sobą drzwi. Szedłem przed siebie ze spuszczoną głową, co rusz potykając się o coś, lub wpadając na przechodniów, którzy klęli za mną i wyzywali, że mam nauczyć się chodzić. Miałem ich głęboko w dupie, i nie obchodziło mnie co myśleli. W pobliskiej małej kwiaciarni, kupiłem długą ciemno czerwoną róże, której kolce wbijały mi się w dłoń, na co nie zwracałem szczególnej uwagi. W tej chwili nie odczuwałem, żadnego bólu.. Chyba, że ten psychiczny.
Zatrzymałem się przed wielką, żelazną bramą, prowadzącą na cmentarz i stałem jak otępiały przez kilka minut, jakbym nie mógł zrobić żadnego kroku. Czułem jak łzy napływają mi do oczu, a serce zaczyna szybciej bić. Byłem tam tylko raz.. Co prawda, próbowałem 'odwiedzać' mojego przyjaciela, ale nigdy nie doszło to do skutku. Nie umiałem, to za bardzo bolało.
Ale dziś.. w rocznicę jego śmierci, jak mógłbym nie przyjść? Myśli zaczęły krążyć wokół wszystkich wspólnie spędzonych z młodym chłopakiem chwil, koncertów, rozmów, zbliżeń, do których między nami dochodziło. Droga była prosta. Nie wiem skąd, zwracając uwagę, na to, że tylko raz nią szedłem, ale idealnie pamiętałem, że wchodząc trzeba skręcić na lewo, potem cały czas prosto, i przy wysokim posągu anioła, z połamanymi skrzydłami, w prawo w małą, ciemną uliczkę.. Grób Franka znajdował się na końcu alejki.. W gardle stanęła mi wielka gula, oczy zaszły mgłą, miałem nogi jak z waty.. Padłem na kolana, czołem dotykając zimny kamień nagrobka, kładąc przed sobą, wcześniej zakupiony kwiat. Nie kontrolowałem potoku łez, który wydobywał się samoczynnie z moich oczu, nie kontrolowałem szybkiego oddechu, i nie obchodziło mnie to, że ktoś mógł mnie zobaczyć i uznać za wariata, który prawie leży na ziemi przytulając się do grobu, na którym widniał napis: Frank Anthony Iero ur. 31.10.1981, zm. 31.10.2004. Ironia prawda? Odszedł z tego świata w ten sam dzień, kiedy na niego 'przyszedł'. Kto go znał wiedział, że brunet zawsze powtarzał, że jeśli nadejdzie dla niego moment śmierci, chce aby to było właśnie wtedy, właśnie dzień urodzin. Dziwny pogląd, nikt go jednak nigdy nie kwestionował.
Zacisnąłem mocno powieki, trzymając w dłoni pomięte zdjęcie, na którym byliśmy My. Frankie był taki szczęśliwy, uśmiechał się, a w jego czekoladowych tęczówkach tliły się wesołe iskierki. Takiego go uwielbiałem, jednak zapamiętać przyszło mi.. zupełnie coś innego. Codziennie przed oczami miałem jego bladą, smutną, wykrzywioną w grymasie bólu twarz, ze skroni, po policzku spływała strużka jeszcze ciepłej krwi. Jego zawsze wesoły wzrok, był pusty, ciało zimne.. Siedział oparty pod ścianą, w dłoni, która opadła na ziemię i znajdowała się blisko jego uda, spoczywała broń.. Narzędzie zbrodni, narzędzie, którym odebrał sobie życie.. Ten widok, wrył mi się w psychikę.. Tamtego dnia, kiedy i szukałem Franka, bo przecież miał być świadkiem na moim ślubie, a spóźniał się i usłyszałem strzał prowadzony przez intuicję, znalazłem się pod drzwiami garderoby młodszego przyjaciela, potraktowałem je mocnym kopnięciem aby wejść do środka i kiedy go tam zobaczyłem.. Mój mały Frankie.. Frank Anthony Iero, gitarzysta mojego zespołu, przyjaciel, czy kim on dla mnie był.. popełnił samobójstwo.. Siedział tam nieruchowo, nie oddychając. Nie płakałem. Łzy napływały mi do oczu, ale nie zdołały pokonać bariery i nie wypłynęły, poczułem jednak silny ucisk na sercu. Jakby rozpadało się na maleńkie kawałeczki, jakby ktoś wbijał w nie szpilki z szyderczym uśmiechem. Dopadłem do niego, biorąc jego bezwiedne ciało w swoje ramiona i mocno do siebie przytulając, potrząsałem nim mając nadzieję, że się ocknie.. że to tylko głupi żart, że się wymalował, udaje martwego, i że zaraz odepchnie mnie od siebie i zacznie się śmiać z mojej naiwności.. Stało się inaczej, żadnej reakcji, żadnego bodźca. Naprawdę, nie żył. Wpatrywałem się tępo w jego twarz, głaszcząc go po policzku, kiedy usłyszałem krzyki: „Tutaj!” i do pokoju wbiegł Mikey, Ray i Lindsey.. Miała już na sobie sukienkę, wbrew pozorom, jak przystało nie była biała, ale czarna z czerwonymi dodatkami. Nie patrzyłem na nich, nie wiedząc kiedy szloch ogarnął moje ciało i nie pozwolił mi racjonalnie myśleć, ale wiedziałem, że są zdziwieni, zszokowani może i smutni. Mężczyźni szepcząc coś o telefonie, policji, wyszli, a kobieta podeszła do mnie, kucając przede mną, trzymającym ciało Franka, i kładąc mi dłonie na ramiona. Nie odezwała się bo znała mnie i wiedziała kiedy powinna, a kiedy nie coś mówić. Chciała mnie przytulić ale gwałtownie się odsunąłem ciągnąc za sobą ciało bruneta. „Zostaw mnie” wysyczałem przez zęby, posyłając jej posępne spojrzenie. Wiem, że nie powinienem, wiem, że to miał być dzień, w którym mieliśmy się pobrać, założyć rodzinę i już zawsze być razem. Ale, kiedy zalazłem Franka.. zrozumiałem, że nie tego w życiu chciałem. Owszem kochałem Lindsey, pragnąłem jej, pociągała mnie jak żadna kobieta, ale to ktoś.. zupełnie inny zajmował najwięcej miejsca w moim sercu i umyśle.. Tym kimś był mój przyjaciel, martwy przyjaciel.. Właściwie, nie mogę go tak nazywać bo znaczył dla mnie o wiele więcej. Kochałem go, nie tylko jak brata.. Od dawna przeczuwałem też, co brązowooki czuł do mnie, nie chciał się przyznać i nie dawał mi tego do zrozumienia, ale moja artystyczna dusza sama to dostrzegła.. Upewniłem się, kiedy zalazłem u niego w domu tekst piosenki, który mówił o nas.. o naszych relacjach, o tym jaki byłem mu bliski. Ale nic z tym faktem nie zrobiłem! Wmawiałem sobie, że to tylko znajomość, przyjaźń, że to nic więcej, przecież nie mogę kochać mężczyzny! Nie byłem homoseksualny. Prawda, ponosiło nas, na scenie, kiedy się całowaliśmy i kolokwialnie mówiąc macaliśmy, i nie tylko tam.. Ha, na przykład ta pamiętna impreza, gdy wylądowaliśmy zamknięci w jednym z pokoi w mieszkaniu naszego wspólnego znajomego, i się ze sobą przespaliśmy.. Ale zgoniliśmy to na alkohol, i przecież mieliśmy pewien układ. Wszystko co miało miejsce na koncertach było właśnie jego częścią, robiliśmy to pod publikę. Tylko, gdzie ja miałem oczy! Dlaczego rozkochałem go w sobie, dlaczego pozwoliłem sobie na uczucie do niego. Kiedy to się stało, w którym momencie?! Teraz było już za późno na wszystko, nawet na przemyślenia i jakiekolwiek wyjaśnienia. Policjanci siłą odciągnęli mnie od ciała młodego mężczyzny, a lekarz wcisnął mi jakieś środki uspokajające. Stojąc jak otępiały wpatrywałem się jak wynoszą jego ciało, a ja nic nie mogłem zrobić, nic! Miałem ochotę zrobić to samo, zabić się, aby jeszcze raz móc się z nim spotkać, aby nasze dusze mogły się spotkać, abym mógł się z nim pożegnać.. Zacząłem wrzeszczeć, kiedy ktoś mnie do siebie przytulił, i nie były to przyjemnie ciepłe dłonie niższego ode mnie chłopaka, te były delikatniejsze.. Kobiece, Lindsey. Próbowała nadążyć z wycieraniem moich policzków przemoczonych od łez, co było syzyfową pracą. „Z-z-ostaw”. Ciężko mi było nabrać powietrza, co dopiero coś powiedzieć. Nie chciałem aby była obok mnie, aby mnie dotykała, nie chciałem widzieć nikogo. Wyrwałem się z jej objęć i wtedy na czarnej komodzie stojącej pod jedną ze ścian, dostrzegłem białą kopertę, na której widniał wykonany piórem napis, a raczej imię: Gerard. Poczułem jakiś dziwny impuls.. szczęścia? Jak można mówić o szczęściu w takiej chwili, kiedy moje serce i dusza przepełnione były smutkiem, żalem i bólem. Podszedłem do tamtego miejsca biorąc papierową rzecz w dłonie, chwilę się jej przyglądałem, po czym przystawiłem ją sobie do nosa. Nawet kartka papieru pachniała brunetem, jego ulubionymi perfumami. Kobieta, która wpatrywała się we mnie jak w wariata, nie odzywała się, nie próbowała nawet podchodzić, ale nie wyszła, stała w poprzednim miejscu nie rozumiejąc co się ze mną działo.
Trochę nie pewnie, rozdarłem białą kopertę i wyjąłem z niej kartkę papieru. Oddychałem ciężko, a ręce trzęsły mi się ze zdenerwowania. Tam były zapisane ostatnie słowa, ostanie przemyślenia Franka. W końcu się zdecydowałem, rozłożyłem złożony papier i cichym półszeptem, przeczytałem słowa, które zagnieżdżały się w mojej głowie.

Drogi Gee,
Przepraszam, dłużej tak nie mogłem. Widziałem jaki jesteś szczęśliwy z Lindsey i cieszysz się, że się pobieracie. Widziałem, że liczy się tylko Ona, że Ona jest najważniejsza. Nie miałeś czasu dla mnie, swojego przyjaciela.. To zabawne, ale wiesz? Ty byłeś dla mnie nie tylko nim. Byłeś moją nadzieją, moim światłem. Moją miłością. Przy Tobie czułem się radosnym człowiekiem i chciało mi się żyć. Jednak.. to miało się skończyć, dzisiaj. Miałeś na zawsze o mnie zapomnieć, odepchnąć i wyrzucić ze swojego świata. Teraz kiedy to czytasz, pewnie już po wszystkim. Zacząłeś nowy etap w swoim życiu, w którym nie ma miejsca dla kogoś takiego jak ja. Dla zwykłego dwudziestotrzyletniego bruneta, chłopaka, który nie potrafił poradzić sobie w tym przerażającym świecie i co rusz wpadał w kłopoty, dla Franka Iero. Przepraszam, za wszystkie złe słowa, które wypowiedziałem kierując je do Twojej osoby, przepraszam, że musiałeś niańczyć taka sierotę jak ja. Ale też dziękuje Ci za to co dla mnie robiłeś. Te kilka lat naszej znajomości były dla mnie najlepszym okresem w moim marnym życiu. Zawsze będę Cię kochał, i będę nad Tobą czuwał, aby nie przytrafiło Ci się nic złego, tak jak Ty czuwałeś nade mną.
Na zawsze Twój, Frank.

„Ty frajerze! Nawet nie wiesz jak mnie zraniłeś, nie wiesz jak boli mnie Twoje odejście. Nie wiesz jak bardzo Cię potrzebuję, i zawsze potrzebowałem. Odszedłeś.. Zostawiłeś mnie.. Nienawidzę Cię za to!” Krzyczałem, zaciskając w dłoni list od chłopaka, chcąc wyrzucić z siebie wszystko co złe, co bolesne. Najgorsze, że nic nie miało mi pomóc, nic nie zdołało podnieść mnie na nogi. Moje życie już nigdy nie miało być takie samo. Nie byłem nawet w stanie złożyć zeznań, gdy policjanci wypytywali mnie jak go znalazłem, czy wiem, czemu to zrobił, bla, bla, bla.. Czułem się winny. Te cholerne wyrzuty sumienia! Wiedziałem, że to moja wina. Gdybym szybciej zrozumiał i odczytał jego znaki, gdybym odwzajemnił jego uczucia do niczego by nie doszło! I kto wie, może bylibyśmy razem, prowadząc pełne wrażeń życie.. Po pogrzebie, chłopaka zostawiłem swoja narzeczoną, odizolowałem się od świata, zawiesiłem działalność zespołu, nawet z bratem nie utrzymywałem kontaktu dobijając się wspomnieniami. Na udręczaniu się, wbijaniu sobie noża w plecy, gdybaniu co by było jakbym postąpił inaczej, na całodniowym płaczu, przytulaniu się do rzeczy Franka, oglądania naszych wspólnych zdjęć minął cały rok..
-Gee! Gee, do cholery, wstawaj!
Usłyszałem docierające do moich uszu krzyki, znałem ten głos, bardzo dobrze. W pierwszej chwili, jednak nie potrafiłem go zidentyfikować.
-Podnieś się, głupku!
Dopiero kiedy silne dłonie mężczyzny złapały mnie w pasie i podniosły znad grobu, sadzając na małej ławeczce, dostrzegłem, że był to mój brat. Przyglądałem mu się zaczerwienionymi i podpuchniętymi od płaczu oczyma. Ile minęło czasu? Ile czasu, łkając leżałem na chłodnym kamieniu pogrążając się w minionych wydarzeniach?
-Nie możesz ciągle tego rozpamiętywać, Frank by tego nie chciał. Chciał abyś był szczęśliwy i nie zamartwiał się tak.
-Nic nie wiesz! Nie wiesz czego chciałby Frank! Nie znałeś go tak dobrze jak ja.. Nie wiesz jaki to ból, gdy tracisz Ukochaną osobę, kiedy ona zabija się z Twojego powodu, więc nie pierdol co mogę, a czego nie!
Wrzasnąłem na jednym wdechu, i zacisnąłem dłonie w pieści, starałem się opanować bo w przeciwnym wypadku uderzył bym go, pobił bym brata, bo chciał mi pomóc. Nic nie mógł wiedzieć, i nie miał prawa. Niczego nie rozumiał. Rzuciłem ostatnie spojrzenie na wygrawerowane litery, na długą czerwoną różę i na zdjęcie, które tam zostawiłem po czym specjalnie z całej siły uderzając ramieniem o ramię Mikey'a pogrążając się w melancholii, ze spuszczoną głową wróciłem tam skąd przyszedłem. Do mojej maleńkiej sypialni, do kartek papieru, ołówka, gitary i wspomnień bruneta, o pięknych czekoladowych oczach, szczerym i szerokim uśmiechu, do melodyjnego śmiechu i ciepłego uścisku, który wyobrażałem sobie, za każdy razem, gdy zasypiałem wtulony w koc, pod którym leżał Frank, tej nocy kiedy przemaszerowaliśmy w deszczu całe miasto, aby kupić jego ulubione żelki, po czym wrócić i przegadać kilkanaście godzin.
Miało mi pozostać tylko to? Głupi koc? nawyk zaparzania nie jednej, ale dwóch kaw? Przeczuwałem, że ten ból nie miał się nigdy skończyć, ale jeśli tylko właśnie ten ból miał mi pozwolić być blisko bruneta, zgadzałem się na niego. Postanowiłem że będę go codziennie „odwiedzał” i rozmawiał z nim, a raczej mówił do niego.. Jakkolwiek to brzmiało. Że będę cieszył się na myśl wspólnie spędzonych w przeszłości chwil, a nie wylewał tony łez, bo z tym Mikey miał rację, Frank nie chciałby widzieć mnie przygnębionego. Tak jak, uwielbiałem, gdy młody chłopak był w dobrym nastroju.
Razem ze śmiercią Iero, odeszła też moja dusza, i stwierdziłem, że nie umiem już kochać, i nie zdołam pokochać nikogo innego, dlatego postanowiłem, że pozostanę wierny tylko mojemu brunetowi i z nikim się nie zwiążę.
Na zawsze Twój, Gerard.” Szepnąłem pod nosem i uniosłem kąciki w delikatnym ledwo widocznym uśmiechu, kiedy zdałem sobie sprawę, że podobnie brzmiały ostatnie słowa mojego Ukochanego. 


~~
Coś innego :) Zamiast zrobić zadanie domowe, albo się pouczyć natchnęło mnie do napisania czegoś. Początkowo miałam ochotę na wieeeeelki dramat, ale brakowało mi pomysłu.
Wyszło co wyszło. Frerardzik :P Taka nam miniaturka, nie Marsowa! oO Nie związana z moim głównym opowiadaniem. Udostępniłam aby poznać Wasze zdanie na temat tego oto tworu.
Bless ya!